Stanisławiak z szamotulskich baraków- wróg kościoła i bolszewik (AD 1927 – 1938)

Stanisław Stanisławiak mieszkaniec i zarządca szamotulskich baraków (ulica Lipowa) jest postacią bardzo zagadkową. W prasie lokalnej z lat 1927 – 1938 jego nazwisko pojawia się wielokrotnie. W „Gazecie Szamotulskiej” z tego okresu najczęściej towarzyszą mu jednoznaczne epitety na przykład: „bolszewik z bolszewii”, „wróg kościoła i Maryji”, „wróg narodu polskiego”, „podejrzany przyjaciel polskich antykatolików” (tu pada nazwisko Boya Żeleńskiego), „komunista i bluźnierca”, czy „typ antyreligijny i siejący demoralizację”.

St. Stanisławiak – Gazeta Szamotulska 28.11.1935

O Stanisławiaku wiemy tylko tyle ile napisano w „Gazecie Szamotulskiej”, „Kurierze Polskim”, „Gazecie Obornickiej” i „Nowym Kurierze”. Co zatem wiemy na pewno. Urodził się prawdopodobnie 12 marca 1894 roku. Bardzo ryzykowne może być stwierdzenie, że urodził się w Szamotułach, bowiem w kontekście jego narodzin pojawiają się takie miejscowości jak Dolsk, Masłowo lub Dobczyn. Czy na szamotulskim cmentarzu parafialnym spoczywa Stanisław Stanisławiak „typ antyreligijny siejący demoralizację”?

Stanisław Stanisławiak niepoprawny bluźnierca. Dziennik Poznański 1.12.1935

Według portalu szamotuly.grobonet.com Stanisław Stanisławiak zmarł w 1969 roku. Dziwne jest to, że przy jego nazwisku nie ma informacji o dniu i miesiącu zgonu. Nie ma też informacji szczegółowych zawierających dane o jego narodzinach.

Z enuncjacji prasowych wynika, że Stanisławiak jest dla środowiska szamotulskich katolików dyżurnym bluźniercą i antyklerykałem. Za swoją „/…/ nieprzejednaną antykatolicką postawę” Stanisławiak idzie dwukrotnie do więzienia w lipcu 1932 roku na sześć miesięcy (kara zawieszona na mocy amnestii) i w listopadzie 1935 roku (po apelacji) na półtora roku.

Najgłośniej swoją radość z aresztowania Stanisławiaka wyraża „niezależna, patriotyczna i narodowa” „Gazeta Szamotulska”. To właśnie z informacji zamieszczonych w gazecie możemy dowiedzieć się, że obywatel Stanisławiak buntował w latach 1927 – 1928 szamotulskich lokatorów skarżących się na podłość kamieniczników (drożyzna, wilgoć, brak wody, ogniska cholery, przeludnienie, pleśń, smród i beznadzieja). Pisaliśmy o tym kiedyś bardzo szczegółowo. Wiemy też dzięki arcyklerykalnej polityce gazety, że w sporze tym ks. Bolesław Kaźmierski wziął stronę „kamieniczników”, a Stanisławiaka z ambony nazwał „pijusem i bluźniercą”. Żyjący jeszcze wówczas tragicznie zmarły burmistrz Scholl staje w obronie Stanisławiaka, bo doskonale wiedział, że sytuacja mieszkaniowa – i nie tylko – jest podła (23.03.1928).

Stanisławiak – Gazeta Szamotulska 30.01.1934

Wiemy też, że od 1923 roku Stanisławiak jest członkiem Narodowej Partii Robotniczej, która w swoim programie umieściła ważne postulaty społeczne na przykład: walka z analfabetyzmem (według RS 1937 58% obywateli II RP nie czyta i nie pisze, niewielki odsetek duka), poprawa warunków mieszkaniowych (od 7 do 21 osób na 11 metrach kwadratowych), opieka zdrowotna i ubezpieczenia dla wszystkich, walka z bezrobociem (w 1934 roku 46% obywateli II RP nie ma roboty, a 27% tłucze się po wiejskich drogach szukając pracy wyrobnika) i wreszcie postulat nawołujący do „/…./ rozdziału kościoła od państwa”.

W czasie rozprawy relacjonowanej przez „Kurier Polski” (wstępna rozprawa w Szamotułach, główna w Poznaniu 2.02.1934) Stanisławiak bezpardonowo mówi do sędziego i ławników, że „Kościół powinien troszczyć się o biednych, a jeśli nie potrafi to powinien siedzieć w kruchcie”. W czasie rozprawy oskarżyciel wielokrotnie przywołuje nazwisko czołowego polskiego antyklerykała Tadeusza Boya Żeleńskiego i „/…/ trzymając w ręce jego bluźniercze książki „Dziewice konsystorskie” (opowieść i polskim ciemnogrodzie uwaga autora) i „Nasi okupanci” (niechlubna historia kościoła w II RP uwaga autora) domaga się najwyższej kary za niszczenie wiary narodu polskiego”.

W czasie rozprawy wychodzi też na jaw (tu usłużna rola szamotulskich księży), że Stanisławiak jako zarządca baraków dla bezrobotnej biedoty „zniszczył stojącą przed barakami figurę Matki Bożej i rozrzucił ulotki z fragmentem bluźnierczej książki Żeleńskiego”.

Oto treść tej ulotki: „Polska jest krajem klerykalnym. Kina ani dancingu nie otworzy nikt bez święconej wody. Ale klerykalna była do ostatnich czasów i Francja i Czechy; pod tą powierzchnią mogą się kryć niespodzianki. Podejrzewam, że i u nas jest w tym wiele fikcji i ta fikcja ma swoje niebezpieczeństwa. Źle jest, gdy przy machinie parowej brak jest strzałki, która wskazuje ciśnienie. Źle gdy kościół nie dba o maluczkich”.

Co najciekawsze nazwisko Stanisławiaka znajduję na liście żołnierzy 1 kompanii Szamotulskiego BON (numer na liście 294). Jaka jest jego żołnierska biografia na razie nie wiemy.

Sprawa Stanisławiaka musiała być bardzo bulwersująca, bowiem podczas pierwszej i drugiej rozprawy w Poznaniu sala sądowa jest szturmowana przez rozmodlonych czytelników „Rycerza Niepokalanej”. Przypomnę tylko, że założycielem owego arcykatolickiego i jednocześnie bardzo ksenofobicznego miesięcznika był ojciec Maksymilian Kolbe. Nakład miesięcznika w 1934 roku wynosi 300 tysięcy egzemplarzy, w 1935 400 tysięcy egzemplarzy. W rekordowym 1938 roku nakład „Rycerza Niepokalanej” wynosi blisko 1 000 000 (jeden milion egzemplarzy).

Szturm na sąd w Poznaniu dość humorystycznie relacjonuje wychodzący w Łodzi dziennik „Głos Poranny”. Przypomnę tylko, że redaktorem naczelnym „Głosu Porannego” był w latach 1929 – 1939 Jan Urbach tata Jerzego Urbana.

„Wściekłe twarze gawiedzi, która nie dopuszcza do myśli, że anonimowy dla nich Stanisławiak chce tylko dla mieszkańców szamotulskich baraków godziwego życia, pracy, przynajmniej jednego ciepłego posiłku nic ich nie obchodzi. Stare kobiety potrząsają parasolkami. Dwóch mężczyzn trzyma nad głowami gazetę z Niepokalanowa, w której niepokalanowski mędrzec ogłosił krucjatę przeciw bezbożnikom. Do sądu Stanisławiak wprowadzony zostaje tylnymi drzwiami w asyście policji” („Głos Poranny” 3.02.1934).

Nie znalazłem w prasie wielkopolskiej z tego okresu ani jednego tekstu, który „sprawę Stanisławiaka z Szamotuł” przedstawiłby w innym świetle. W jednym z tygodników zarzucono Stanisławiakowi między innymi przynależność do „/…./ sekty Świadków Jehowy”. Pisano też, że znaleziono u niego antyklerykalne pisma z Czech nawołujące do krucjaty „/…/ przeciwko zabobonom, których strażnikiem jest kościół” („Głos Poranny” 6.02.1934).

“Złoty Wiek” 1925r. Pismo Świadków Jehowy, które prenumerował Stanisław Stanisławiak.

Wśród znalezionych w czasie rewizji przedmiotów do najważniejszych oskarżyciel zaliczył między innymi „/…/ wiszące na ścianie zdjęcie profanacji pomnika Husa w Pradze, gdzie tłum oszalałych czechów (pis. org.) obala pomnik Najświętszej Maryji” i obrazoburczą broszurę świadków jehowy (pis. org.) z roku 1934 pod tytułem „Złoty Wiek” (dzisiaj „Strażnica” uwaga autora).

Pomnik Husa w Pradze bez posągu NMB. ok. 1920 roku

Warto pamiętać, że po 1918 roku Czesi „hurtowo” opuszczali wspólnotę katolicką. Kościół Powszechny kojarzyli z wielowiekową spuścizną Habsburgów i Austro – Węgier co doprowadziło do odejścia z kościoła półtora miliona Czechów.

Prasa narodowa nie pozostawiła na Stanisławiaku suchej nitki.

„Baraki szamotulskie schroniskiem dla bluźniercy. Nie pierwszy raz, odsłonił nam wczorajszy przewód sądowy stosunki jakie panują w szamotulskich barakach. Suche notatki mówiące nam o skazaniu tego a tego nie pokazały nam prawdziwego oblicza stosunków jakie po dziś dzień tam panują wśród 62 rodzin. Wśród różnych elementów o charakterach na wskroś antyreligijnych, pierwsze miejsce zajmuje administrator baraków Stanisław Stanisławiak, który swemi wystąpieniami antyreligijnymi sieje demoralizację wśród mieszkańców baraków /…./” („Gazeta Szamotulska” 25.11.1935).

W podobnym tonie „Nowy Kurier” (04.02.1934), „Dziennik Poznański” (30.01.1934), „Gazeta Szamotulska” (28.11.1935), „Dziennik Poznański” (01.12.1935)

Prasa lewicowa zaś grzmiała: „Stolica zacofanego kraju jest najbiedniejszą stolicą w Europie. Nie ma mieszkań, pracy, szerzy się prostytucja kobiet, mężczyzn i dzieci. Tych, którzy maja wolną wolę i nie chcą modlić się za Maryję i Jezusa nazywa się bluźniercami i komunistami. Nie jest bluźnierstwem marzenie o tym, aby nakarmić dzieci i w ciągu dnia nie myśleć o tym skąd wziąć pożywienie na jutro. Dziwią się rządzący, że zabór cudzego mienia w Polsce jest największy w Europie. Ale co się kradnie? Kurę, którą zjada się z piórami, ziemniaki, słomę do wyłożenia legowiska, spodnie sąsiada wiszące na sznurku? Prasa sanacyjna lży biedotę pisząc, że tylko „rozżarzonego żelaza nie kradnie”. Człowiek chce raju na ziemi, a nie w niebie.” (Andrzej Strug PPS „Robotnik” 12.12.1935)

W czasie rozprawy w 1934 roku (wyrok w zawieszeniu i w ostateczności amnestia) w obronie Stanisławiaka występują koledzy i koleżanki z cukrowni (kolejny trop) i znaczna część mieszkańców osławionych baraków.

W 1932 roku w „Gazecie Szamotulskiej” pojawiły się dwa cykle literackie. Pierwszy z nich zatytułowano „Wędrówki po powiecie”. Teksty podpisywano imieniem Wacław i pierwszą literą nazwiska M. Czy był to profesor Wacław Masłowski? Bardzo prawdopodobne. Relacji z podróży wydrukowano kilkanaście. Dotyczyły one głównie harcerskich eskapad po ziemi szamotulskiej (Słopanowo, Szamotuły, Otorowo, Śmiłowo, Gałowo, Kaźmierz, Ostroróg, Duszniki etc.). Tytuł główny drugiego cyklu brzmiał: „Przechadzki po Szamotułach”. Ten cykl podpisywano tajemniczym skrótem „kawu”.

4 października 1932 roku pojawił się w „Gazecie Szamotulskiej” drugi z kolei tekst „Przechadzek po Szamotułach”. Autor zatytułował go „Szamotulskie wesołe miasteczko”. Nie chcę narzucać Państwu własnej interpretacji. Powiem tylko, że artykuł był kolejną próbą zdyskredytowania szamotulskiego „bolszewika” Stanisława Stanisławiaka i kolejnym dowodem na to jak mało wrażliwi byli nasi pradziadowie na nędzę i społeczną degrengoladę.

Oto fragmenty „Wesołego miasteczka w Szamotułach”: „ Ukryte wstydliwie przed oczami ciekawych i niedyskretnych za domami nowoczesnymi i willami. Może nie każdy o nim wie. Albo może wiele ludzi tędy przechodzi, a nie wgłębiają się, nie zastanawiają się nad tym, obok jakiego bezdna nędzy przechodzą. Opisane przez nas miejsce znajduje się u wylotu ul. Trzeciego Maja, pomiędzy ulicą Nową, a ul. Lipową. Same drewniane baraki, pobudowane jeszcze podczas wojny dla wojska. Był tu później szpital wojenny, także naszych powstańców. Po wojnie władze miejskie zabrały się w r. 1924 do likwidacji baraków, nawet dwa baraki zdołano już rozebrać. Tymczasem zaczęło się srożyć bezrobocie. Ludzie tracili dach nad głową. Tedy to sprawą tą zajęli się ojcowie miasta naszego, i jako pierwsi przyszli biednym z pomocą, przydzielając im miejsca w tych to właśnie barakach. Nieboszczyk burmistrz (Scholl) o bezrobotnych się starał! W roku 1925, przed oddaniem baraków na mieszkania, dokonano poświęcenia, a na placyku, znajdującym się prawie w środku ustawiono figurę Najświętszej Panny Maryji. Dawniej w barakach było ludziom dość wygodnie. Mieli pokoje jeżeli tak je możemy nazwać obszerne. Nie potrzebowali się dusić z liczną rodziną. /…/ Najgorsze jest to, że dzisiaj biedota barakowa słucha swego przywódcy Stanisławiaka i nie baczy ile jest dla niej robione. Literatura narodowa jest im obca, a wielkie sienkiewiczowskie postaci mają za nic. /…/

Są tam mieszkania przeważnie jednopokojowe. W tych ciasnych izdebkach mają schronienie przed słotą i zimnem rodziny składające się nieraz z kilkoro osób. Niektóre rodziny potrafią utrzymać jaki taki porządek. Mają tak samo schludnie i czysto, jakby to było w domu murowanym. Ale są także mieszkańcy, którzy żyją w fatalnych warunkach higienicznych. Gdy się zjawiliśmy w obręb tego “Wesołego Miasteczka”, ludzie jakby odczuwali lęk przed nami. Zamykali drzwi, spoglądali spode łba przez “zawoalowane” okna i dość zresztą wyraźnie wyrażali swoje niezadowolenie. Oj, a byśmy z całą przyjemnością zajrzeli w progi ich mieszkania! Dojrzelibyśmy rzeczy, których inni dojrzeć nie umieliby. Zresztą to, co już widzieliśmy, jest przerażające. Szczególnie dotyczy moralności niektórych mieszkańców szczególnie Stanisławiaka. Łatwo ją sobie wyobrazić, gdy widzimy, że w jednej izdebce w dzień przesiaduje po 8 i więcej osób starszych obojga płci. Jest kilka także takich, którzy wstręt czują do świeżego powietrza i nigdy okna nie otwierają. Zaduch, jaki wobec tego w domach panuje, jest okropny i przyprawić może człowieka o ciężką chorobę. /…/

W tym miejscu bylibyśmy szereg obrazków zacytowali z życia mieszkańców “Wesołego Miasteczka”. Nie czynimy to przez prostą delikatność. A “Wesołe Miasteczko” w tym naświetleniu byłoby nie “wesołym”, lecz miasteczkiem okropności i przestępstw. Pomijamy te drastyczności. /…/ Już dziś widzimy, jak piękne domy murowane przy ul. Św. Stanisława, wbijają się ostrym klinem w sam środek “Wesołego. Miasteczka”. Jeżeli baraki w czasie polepszenia się koniunktury gospodarczej nadal pozostaną, to będą one tak samo, jak dziś wołać jednostajnym głosem: “Więcej opieki duchowej dajcie nam, obywatele!”… Bo tej opieki niema zupełnie, a “Wesołe Miasteczko” pędzi na swój wesoły sposób żywot zupełnie inny od reszty Szamotuł. Ale czyż temu nie winni są wyłącznie sami mieszkańcy wesołego miasteczka”. (pis.org.)

sz.psm.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *