Matka Boża Szamotulsko – Kazańska według Wirobowskiego i Kałużyńskiego!

Obraz Matki Bożej Szamotulskiej pojawił się w świadomości historycznej i społecznej mieszkańców Szamotuł około 1664 roku.  W tym okresie poprzez liczne komentarze o ambicjach historycznych i teologicznych kult obrazu przeniknął do sfery sacrum, stał się  archetypem religijnej świadomości Szamotulan i Wielkopolan, stał się znany w całej Rzeczypospolitej.

Przekazy historyczne dotyczące kultu z reguły opierały się wówczas na relacjach księży: ks. Jana Irochowskiego, ks. Franciszka Bonawentury Brzezińskiego i autora rękopiśmiennego dzieła poświęconego narodzinom kultu Matki Bożej Szamotulskiej  księdza Walentego Jana Wirobowskiego.

 Kilkunastostronicowy rękopis skreślony został ręką Wirobowskiego  w latach 1666 – 1667. Jan Irochowski opisał go szczegółowo około 1679 roku. Jan Irochowski nazwał rękopis Wirobowskiego diariuszem – cudów chociaż nie jest to pamiętnik w genealogicznym tego słowa znaczeniu.

Ksiądz Jan Wirobowski diariusz ów  zatytułował  „Opisanie cudów Obrazu Matki Bożej z Szamotuł”. Tytuł podaję za ks. Czesławem Kałużyńskim (wujkiem Jarka Kałużyńskiego mego serdecznego przyjaciela).

Inne być może pełniejsze i dokładniejsze tłumaczenie znajdziecie Państwo u ks. Alojzego Piszczka (młody duchowny z dwudziestolecia wojennego).

Jan Irochowski nie był człowiekiem przypadkowym. Ukończył Akademię Krakowską, a jako student Szymona Wacławskiego, znanego filozofa i dziekana Akademii Krakowskiej, wspomniany jest serdecznie na stronie tytułowej dzieła Wacławskiego poświęconego elokucji (kunsztowi wysławiania się i precyzji wypowiedzi) pod tytułem „Elocutio”.

Jego nauczycielami akademickimi byli również: Stanisław Jodłowski teolog i Jan Michalski późniejszy rektor Akademii Krakowskiej w latach 1689 – 1690. Szamotulanin Irochowski zostaje około 1670 roku profesorem Wszechnicy Krakowskiej. W 1669 roku przebywa w Szamotułach i dzięki swym akademickim i kościelnym kontaktom sprawia, że o /../cudach Najświętszej Pani Szamotuł jest w całej Rzeczypospolitej głośno”.

Dzięki zatem Irochowskiemu rękopis Wirobowskiego stał się ważnym tekstem kultury religijnej w Polsce. Nie wiemy czy Jan Walenty Wirobowski był świadkiem przeniesienia Obrazu M.B. Szamotulskiej w 1666 roku z kaplicy zamkowej do kolegiaty. Wiemy na pewno zaś, że  swą prymicyjną mszę odprawił w szamotulskiej kolegiacie w rocznicę przeniesienia obrazu do kolegiaty, to jest w 1667 roku (za Kałużyńskim). 

Czy od 1666 roku Wirobowski związany jest z Szamotułami, czy spotykał się przed powołaniem pierwszej komisji z Wolffem i innymi świadkami cudownych zdarzeń.

Należy założyć, biorąc pod uwagę jego szczegółowy kilkunastostronicowy rękopis, że jest Wirobowski wiarygodny, a jego znaczenie wśród ówczesnego wielkopolskiego duchowieństwa ogromne. Kolejno bowiem od 1668 roku zostaje kanonikiem Kolegiaty Szamotulskiej, dziekanem dekanatu obornickiego, do którego onegdaj Szamotuły należały, komandarzem kościoła św. Ducha w Szamotułach, altarzystą (opiekunem) ołtarza św. Krzyża w Kolegiacie, promotorem (organizatorem kultu), a później prowizorem (zarządca, administrator) Świętego Różańca przy Cudownym Obrazie Matki Bożej Szamotulskiej. Urząd prowizora ks. Wirobowski sprawuje do 10 września 1681 roku. Wówczas ten zaszczytny tytuł przejmuje z jego rąk ksiądz Bonawentura Franciszek Brzeziński.

25 kwietnia 1702 roku ksiądz Jan Walenty Wirobowski umiera i /…/pochowany zostaje w Kolegiacie Szamotulskiej przy ołtarzu Świętego Krzyża, blisko Wielkiej Bramy (inf. za ks. Czesławem Kałużyńskim). Według księdza Czesława Kałużyńskiego Wirobowski oprócz zaszczytów i stanowisk kościelnych otrzymał również tytuł profesora Akademii Krakowskiej. Należy założyć, że ten nobilitujący go tytuł otrzymał jeszcze przed powstaniem Pierwszej Komisji Kościelnej badającej cudotwórczą moc Matki Bożej Szamotuł Pani, czyli 15 maja 1665 roku.

W rękopisie zainicjowanym przez Wirobowskiego w 1666 roku znajdujemy ważny dowód świadczący o jego profesorskiej karierze: Magister Valentinus Joannes Wirobowski philos. Doctor et Profesor in Academia Cracoviensi Anno Domini 1667. Przypomnę, że ksiądz Wirobowski brał także udział w obradach Drugiej Komisji powołanej przez Biskupa Poznańskiego Stefana Wierzbowskiego w czerwcu 1666 roku. Być może był również współautorem tak zwanych „Aktacji Wolffa” (aktacja archaiczny zapis słowa akta) poświęconych wszystkim wydarzeniom, które przyczyniły się do narodzin kultu Matki Bożej Szamotulskiej, a w szczególności relacjom Wolffa i między innymi jego pokojowego Władysława Cielickiego, ekonoma dóbr zamkowych Leopolda Leymana (Seymana ?) i dworzan Lutyńskiego i Chłopka.

Niemniej ważną pracę dla upamiętnienia kultu Matki Bożej Szamotulskiej wykonał, następca Wirobowskiego na stanowisku kolegiackiego prowizora, ksiądz Bonawentura Franciszek Brzeziński.  Brzeziński zapisał gęsto na 64 kartach in folio dzieło, które zatytułował: (podaję za ks. Czesławem Kałużyńskim) „Opis Cudownego Obrazu Matki Bożej Szamotulskiej i początek jego dziejów”. Rękopis Brzeziński zaczął pisać 10 sierpnia 1681 roku, a zakończył go 25 listopada 1685 roku. Tuż po rękopisie Brzezińskiego znajduje się wpis kolegiackiego wizytatora Franciszka Mielżyńskiego z 25 listopada 1685 roku i tę datę należy przyjąć jako koniec prowadzonych przez księdza Brzezińskiego zapisków.

W 1687 roku staraniem Jana Korzbok – Łąckiego Podkomorzego Wschowskiego, ówczesnego właściciela Szamotuł i staraniem szamotulskiego duchowieństwa, z inspiracji Wirobowskiego i Brzezińskiego, wydana zostaje drukiem książka zawierająca Akta I i II Kościelnej Komisji, spis cudów i opis obrazu (starodruk w Bibliotece Uniwersyteckiej w Poznaniu, kopia w MZG).

W późniejszym okresie prób przybliżenia nam kultu Matki Bożej Szamotulskiej było bardzo wiele. Pozwolę sobie wymienić niektóre nazwiska. Być może uda mi się zachować chronologię: Józef Łukaszewicz, Alojzy Fridrich, Jan Korytkowski, Alojzy Piszczek, Czesław Kałużyński, Wojciech Kurpik i Elżbieta Ratajczak.

Tę część naszych rozważań rozpocznę od zapisków księdza Bonawentury Franciszka Brzezińskiego. Głównie rękopiśmiennych zapisków dotyczących samego obrazu Matki Bożej Szamotulskiej, która w tradycji cerkwi rosyjskiej nosi nazwę Matka Boża Hodegetria (Hodegitria) Kazańska. Greckie słowo Hodegitria (Przewodniczka) w języku rosyjskim ma swój odpowiednik w słowie Putowoditielnica (Ta, która prowadzi po drodze zbawienia do Chrystusa). Zaś w języku polskim słowo to jest dosłownym tłumaczeniem swego greckiego odpowiednika czyli Matka Boża Przewodniczka Kazańska.  Należy założyć, że w siedemnastowiecznym warsztacie rosyjskiego izografa (ikonopisa) otrzymała ona nazwę Bogomater Putowoditielnica Kazanskaja (Matka Boża Przewodniczka („Ta, która prowadzi po drodze zbawienia do Chrystusa”) Kazańska).

Dzisiaj spór zainteresowanych problemem uczonych najgwałtowniej toczy się wokół trzech kwestii: Kiedy obraz (ikona) powstał i z jakiego pochodzi warsztatu ? Kiedy i w jaki sposób znalazł się na ziemiach Rzeczypospolitej ? I wreszcie od kogo Aleksander Wolff go otrzymał, bądź od kogo go zakupił ?

Za profesorem Aleksandrem Tarasowem gotów jestem zaryzykować tezę, że ikona Matki Bożej Kazańskiej (Szamotulskiej)  pochodzi z carsko – kremlowskiej pracowni zwanej w tradycji rosyjskiego rzemiosła Orużejnaja Pałata.

Pierwotnie od połowy XVI wieku kremlowska zbrojownia i skarbiec. Od 1640 roku również pracownia malarska, w której swoje rzemiosło doskonalili miedzy innymi: Mikołaj Palin (? – 1659), Szymon (Siemion)  Uszakow ( najwybitniejsze jego dzieła powstają w latach 1668 do 1689) i Dymitr Gwozdin (? – 1673). Na razie oddajmy głos księdzu Brzezińskiemu (za Czesławem Kałużyńskim).

„Widząc go (obraz/ikonę uwaga autora) u tego Kniazia Aleksander Wolff Starosta Feliński, obornicki, i prorzecki, później opat pelpliński a natenczas właściciel Szamotuł  postanowił go od niego zdobyć. W tym też celu odwiedzał Kniazia często w więzieniu, co zresztą nie było trudne, bo był dworzaninem króla Jana Kazimierza i prosił go by mu obraz podarował, lecz on (Kniaź wtrącenie autora tekstu) uparł się i za żadną cenę go nie chciał mu oddać, a nawet za cenę wyjednania u króla Jana Kazimierza powrotu do Moskwy. Jedną miał on na upór Wolffa odpowiedź: /…/ wolą nie wiedzieć co stracić aniżeli ten obraz bo gdy mam do niego nabożeństwo ponoszę w szelką w smutkach pociechę y tym tu naybardziey w więzieniu cieszę y mam nadzieję że się Pan Bóg pocieszy, że prędko stąd wybidę y w zdrowiu dobrym do swoich powrócę się nazad do Moskwy”.

Tak komentuje Brzeziński za Wirobowskim, a i być może za samym Wolffem historię pozyskania przez Aleksandra Wolffa obrazu Matki Bożej Kazańskiej późniejszego Obrazu Matki Bożej Szamotulskiej. Ksiądz Czesław Kałużyński dalsze losy ikony w rękach „Moskwicina” komentuje tak: „Nie doczekał się jednak Kniaź powrotu do kraju, bo wskutek frasunku zachorował i zmarł w Warszawie. Od żony jego po wielu prośbach Aleksander Wolff obraz zdobył za wyjednanie u króla Jana Kazimierza powrotu do Moskwy. Wymógł on na królu to, że ją odprowadzono na granicę moskiewską, a właścicielem obrazu został sam i z Warszawy przywiózł go ze sobą około 1664 roku do Szamotuł”. U Wirobowskiego brzmi to o wiele bardziej dramatyczniej: “Żona miała przy sobie iego ten obraz. Jegomość Pan Aleksander Wolff pilnie około tego chodził żeby onego obrazu dostał darowała go iemu żona post multas proces żeby tylko wolna była y do swoich powróciwszy szczęśliwie”.

Oddajmy głos dwóm siedemnastowiecznym komentatorom Wirobowskiemu i Brzezińskiemu, którzy według wszelkiego prawdopodobieństwa mieli okazje rozmawiać z Aleksandrem Wolffem. (pisownia oryginalna).

„Aleksander Wolff po przywiezieniu obrazu do Szamotuł, umieścił go w kaplicy zamkowej swojej rezydencji, pod bliżej nam nieznanym obiciem w niszy, do której dostawało się mało światła. Nisza ta znajdowała się w bok ołtarza. Po stronie apistoły (pulpit na księgi) zwisał na grubym wspaniałym czarnym sznurze wizerunek Chrystusa ukrzyżowanego, malowany na miedzianej blasze. Poza tym kaplica miała inne jeszcze piękne obrazy. Do tej kaplicy w dzień sobotni św. Marka (25 kwietnia) 1665r. przyszedł ze swoim pokojowym Władysławem Cielickim, Aleksander Wolff, by przed daleką podróżą, jaką miał przedsięwziąć, spisać i pochować obrazy, które były w kaplicy. Cielicki stanął przy oknie, aby je spisywać.  Gdy Wolff już zebrał wszystkie, udał się do tego miejsca, gdzie umieścił obraz, który przywiózł z sobą z Warszawy, by tam położyć pewien list. W tym wzrok jego pada na obraz i widzi, że tam coś błyszczy coś połyskuje się. Czuje jakoby dreszcz przechodzi przez jego ciało. Cofa się z lękiem i woła: Cielicki dla Boga co się dzieje? a dalej: Patrz jeśli co widzisz? Odpowiedział, że się coś połyskuje…” następnie Wolff zawołał swą małżonkę i wszystkich tych, którzy byli w bliżej nam nieznanym pokoju a obrazu nie ruszał z dawnego miejsca. Wkrótce na jego wezwanie zjawiło się w kaplicy 7 osób, w tym czterech mężczyzn i trzy niewiasty. Dopiero gdy już wszyscy byli w kaplicy, Wolff wziął obraz z tego miejsca, gdzie był umieszczony, ze strachem wielkim i pilnie mu się z bliska przypatruje. Cóż widzi? Dwie duże krwawe krople z jednego i drugiego boku twarzy i trzecią średniej wielkości, z czoła N.M.P. przez usta i rączki Pana Jezusa toczące się, oraz jeszcze dwie mniejsze z tych dwóch większych spadające w kierunku ramy obrazu te ostatnie były więcej rumiane niż te większe. Gdy małżonka jego zauważyła, że na obrazie była krew, chciała jej nabrać na chusteczkę i do szkaplerza sobie włożyć. Lecz Wolff na to nie zezwolił; to samo i zgromadzeni w tejże kaplicy. Natychmiast więc Wolff posyła po ks. proboszcza parafii szamotulskiej Tomasza Kłótno. On to niebawem przychodzi z księdzem Wojciechem Moszczyńskim, kanonikiem szamotulskim. Im to Wolff referuje sprawę obrazu. Wtedy ks. Tomasz  Kłótno bierze puryfikaterz (tak zwana bielizna kielichowa, ręczniczek aut.) i stwierdza, że krople te były jakąś materią, lepką koloru czerwonego. Po tym Wolff posłał po malarza, aby ten jako fachowiec zbadał krwawe krople. Niedługo czekano na malarza Leonarda Leymana, który przybywszy zastał jeszcze ks. proboszcza Tomasza Kłótno i ks. Moszczyńskiego. Gdy ks. Moszczyński malarzowi zadał  pytanie, czy przypadkiem pokost nie puścił, odpowiedział, że pokost właśnie dają wszyscy do farby, aby nie puszczała. Gdy i malarz już obraz obejrzał, ks. proboszcz postawił obraz na dawnym miejscu. Wolff zaraz posłał po burmistrza Szamotuł Michała Wagnera, oraz mieszczan szamotulskich: Jana Sztubę i Jana Kayzdera, aby oni zeznali oficjalnie, gdy zajdzie potrzeba, że widzieli krwawe łzy na obrazie. Niedługo wszyscy trzej przybyli i Wolff pokazał im obraz. Krople to już teraz nie ciekły, ale się zsiadły. Znalazł się przy nich i ten malarz którego uprzednio Wolff zawołał, a który nie wiadomo czy powodowany ciekawością jeszcze raz przyszedł, czy też nie poszedł do domu. Wszyscy przyglądają się tym krwawym łzom i różnych doznają uczuć, bo burmistrz mówi przed Komisją:… zląkłem się zobaczywszy  krwawe krople, jako wierny katolik, a mieszczanin Jan Kayzder rzekł zdumiałem się zobaczywszy krople, y trzy pozdrowienia do Nayświętszey Panny zmówiłem. Nazajutrz rano  to jest 26 kwietnia Wolff udał się sam do kaplicy. Otworzywszy jej drzwi, przyklęknął i chwileczkę pomodlił się, okiem rzucił na niszę, w której był obraz. I, o dziwo! Nie widzi obrazu na starym miejscu. Nie wchodząc do kaplicy zawołał na małżonkę, oraz na wszystkich, którzy byli w nieznanym bliżej pokoju. Na jego wołanie zjawili się wszyscy a między nimi pokojowy Cielicki. Wtedy to Wolff zapytał przybyłych, czy nie widzą obrazu Otrzymał odpowiedź, że nie. Wszyscy więc zbliżają się do niszy. Oczom ich przedstawia się widok: obraz leży na twarz ku ziemi o dłoń od dawnego miejsca: Zdumienie ogarnęło wszystkich, że obraz tak dawno stojący nigdy nie upadł dopiero teraz. Zwłaszcza dziwował się Cielicki, że obraz zamiast smyknąć się podstawą będąc oparty padł na twarz. Następnie Wolff postawił obraz na starym miejscu i wszyscy opuścili kaplicę. We wtorek rano, po św. Marku, dnia 28 kwietnia tego roku 1665 Wolff za radą proboszcza, pragnąc pojechać do Poznania i przedstawić obraz w Kurii (org. Kurji), wchodzi do kaplicy z myślą, by Bóg cudem potwierdził jeszcze jego nadprzyrodzoność przez to, aby obraz upadł w ten sam sposób jak przedtem, widzi, że obraz stał na swoim miejscu. Zamknął więc kaplicę i poszedł z żoną do kościoła na Msze Św. Po powrocie udał się Wolff znów do kaplicy, aby obraz wziąść i udać się z nim do Poznania. Jakie było jego zdziwienie, gdy zobaczył obraz leżący na twarz wywrócony tak jak przedtem. Zabrakło mu odwagi wejść do środka, zawołał więc innych, by mogli to oglądać”.

Wieść o krwawych łzach Matki Bożej Szamotulskiej dotarła do Kurii. Zapewne sam Wolff, który już przedtem usiłował zawieźć obraz do Poznania  ją o tym powiadomił. To też dnia 15 maja 1665 roku w celu zbadania tego cudu zjawiła się w Szamotułach komisja  powołana przez Stefana Wierzbowskiego – Biskupa Poznańskiego. Przewodniczącym komisji został Stefan Moręski Kanonik Poznański i Proboszcz Otorowski. Na stanowiska komisarzy Biskup mianował Tomasza Kłótno prepozyta kolegiaty szamotulskiej i doktora obojga praw oraz Tomasza Młodzianowskigo jezuitę i profesora w Kolegium Poznańskim. Miejscem posiedzenia Komisji była kaplica zamkowa, w której miało miejsce cudowne wydarzenie. Była to I Komisja powołana w celu zbadania cudów mających miejsce w zamkowej kaplicy. Komisarze udali się osobiście do miejsca gdzie znajdował się obraz. Czesław Kałużyński na podstawie zapisków Wirobowskiego, Brzezińskiego i pośrednio Łukaszewicza taki daje obraz tych wydarzeń: „Obejrzeli wszystko i zbadali czy trzy krople koloru krwistego, które zjawiły się na obrazie, nie zostały spowodowane jakąś przyczyną przyrodzoną wewnętrzną, czy zewnętrzną, na przykład wilgocią miejsca, albo też, czy ich kto farbą czerwoną nie namalował i nic podobnego nie znaleźli, więc uważają za stosowne na mocy udzielonej im jurysdykcji zawiadomić biskupa, że zwłaszcza krople te koloru czerwonego zostały spowodowane nie przez przyczynę przyrodzoną, lecz nadprzyrodzoną. Po czym każdy z komisarzy wydał osobno orzeczenie w sprawie krwawych łez, następnie owinęli obraz w papier oraz w jedwabną tkaninę, włożyli go do czarnej skrzynki, zamknęli ją i opieczętowali i zanieśli w końcu do skarbca kolegiaty, aby był tam strzeżony pilnie przez duchowieństwo do ostatecznej decyzji biskupa. A na dowód złożenia obrazu w skarbcu, wyżej wspomniani komisarze Stefan Moręski kanonik poznański, Tomasz Kłótno dr obojga praw i prepozyt szamotulski, Tomasz Młodzianowski profesor S.T. sporządzili dnia następnego tj. 16 maja 1665 r. na probostwie akt, którego autentyczność potwierdził w tym celu przywołany notariusz Łukasz Kurczewski, kanonik szamotulski. Na tym zakończyła swą działalność Komisja.”

Przyjrzyjmy się teraz  relacjom świadków. Zapytany przez komisarzy Wolff, czy nie podejrzewa nikogo z domowników swoich o wywrócenie obrazu odpowiedział “/…/ że nie tylko suspikować o nikim z domowników moich żadnem sposobem nie mogę, ale rozumiem w duszy moiey, że to przyrodzonem sposobem bydź nie mogło.” Drugim świadkiem, który widział krwawe krople na obrazie oraz pierwszy upadek obrazu na awers/oblicze był pokojowy Wolffa Władysław Cielicki. Jemu wydaje się rzeczą niepodobną, by obraz upadł przez przypadek, bo musiał by on będąc postawiony pod pewnym kątem „zamknąć się podstawą a nie upaść na twarz”. Na pytanie komisji, czy nie podejrzewa kto mógłby by wywrócić obraz odpowiedział, że “niepodobna rzecz”. Trzeci zaś świadek Leonard Leyman (Seyman ?) z zawodu malarz, gdy mu ksiądz Moszczyński zadał pytanie, czy „farba przypadkiem nie puściła”, odpowiedział: że farba nie podobno, aby puściła bo iest pod pokostem, rozumiem, że na tym Obrazie są sprawiedliwe krople, nie mogę inaczej w duszy moiey rozumieć, tylko że to się cudem stało”.

Tak zatem przedstawia się ocena cudów przez świadków, a teraz musimy zapoznać się z oceną Komisarzy. Pierwsze orzeczenie, które wydał w sprawie cudu na zamku Komisarz Stefan Moręski w przekładzie dowolnym z łaciny brzmi: “Ja Stefan Moręski S.T.D. Kanonik poznański, proboszcz otorowski, wyznaczony komisarzem do tej sprawy uważam, że krople koloru krwi, jeszcze teraz na obrazie Błogosławionej znajdujące się, nie powstały z jakiegoś przypadku, podstępu, sztucznie, albo w sposób naturalny lecz zostały wywołane w sposób cudowny; do tego wniosku doszedłem na podstawie pilnej i dokładnej obserwacji, którą mieliśmy w tej sprawie, wziąwszy pod uwagę wszelkie możliwe okoliczności miejsca, obrazu, koloru i czasu, jak i oświadczenia zaprzysiężonych świadków.” Drugie orzeczenie jest Tomasza Kłótno, którego brzmienie w przekładzie z łaciny jest: “Ja Tomasz Kłótno prepozyt kolegiaty szamotulskiej, dr Obojga Praw, w powyższej sprawie uznaję, że krople te koloru krwi, a które od samego początku widziałem, powstały nie z jakiejś przyczyny naturalnej, lecz nadnaturalnej, i dlatego orzekam, że wypłynęły w sposób cudowny. Trzecie i ostatnie orzeczenie Tomasza Młodzianowskiego w przekładzie również z łaciny tak brzmi: “Ja Tomasz Młodzianowski T.J., Prof. S.T. w kolegium poznańskim i delegowany do tej sprawy na komisje uważam, że krople te, które ukazały się na obrazie Błogosławionej, co do której toczą się dochodzenia, były koloru krwistego i uważam dalej, iż nie zostały one wywołane, ani sposobem naturalnym, ani podstępem i dlatego trzeba je odnieść do mocy Bożej okazującej cuda. Stąd zupełnie przyłączam się do orzeczenia prześwietnego Stefana Moręskiego kanonika poznańskiego, dr S.T. i wielce czcigodnego Tomasza Kłótno prepozyta szamotulskiego i dr Obojga Praw jako Komisarzy i je podpisuję.” (tłumaczenie z łaciny Czesław Kałużyński)

I wreszcie pozwolę sobie przytoczyć za Brzezińskim opis ikony/obrazu Matki Bożej Szamotulskiej. “/…/ iest Moskiewski niewielki, szeroky długi na piędzi dwie albo więcy greckiey kompletney malatury Moskiewskiey na desce odmalowany blaszkami złocistymi po bokach przyozdobiony.” Opis ten znajduje się w kolegiackiej księdze inwentarzowej. Powstał między 10 września 1684 i 25 listopada 1683 roku. Zastanawiam się co miał na myśli Brzeziński atrybując obraz jako moskiewski. Czy chodziło o precyzyjną konotację geograficzną i tu Brzeziński wskazuje na stolicę Rusi Moskwę ? A może słowo „moskiewski” jest szerszym odniesieniem do przeszłości Rusi szczególnie tej z czasów Iwana Kality i Iwana Groźnego. Malatura moskiewska to nic innego jak tempera jajowa powszechnie stosowana przez izografów prawosławnych już od X wieku naszej ery. W latach 1654 do 1660 roku Rzeczpospolita prowadziła z Rosją Romanowów wyniszczające wojny. Być może w tym okresie do niewoli polskiej dostał się przywoływany w zeznaniach Aleksandra Wolffa ruski Kniaź/Bojar. Powstała zatem po 1640 (?) roku w Orużejnej Pałate (Orużejnaja Pałata) ikona może pochodzić z carskich warsztatów. A biorąc pod uwagę fakt, że powstanie kultu Matki Bożej Kazańskiej toczy się równolegle z tak zwaną Wielką Smutą, a w szczególności z wypędzeniem Polaków 22 października 1612 roku z Kremla to możemy zrozumieć, że w wojnie z Polską Moskwa używała nie tylko armat. Jak wielkim kultem cieszyła się Matka Boża Kazańska wśród Rosjan świadczy spis rzeczy pozostawionych przez więzionego, na zamku w Gostyninie koło Warszawy, cara Wszechrusi Wasyla IV Szujskiego. Wśród rzeczy zmarłego w 1612 roku cara znajdujemy 47 wyobrażeń Matki Bożej Kazańskiej. Sporządzony przez Inwentarzy Królewskich spis zawiera adnotację, że przedmioty te mają być spieniężone, a wpływy ze sprzedaży mają pokryć wydatki wojenne. W skromnym dziele Anny Prokopiuk poświęconym tym wydarzeniom znajdujemy informację, że dobytkiem Szujskich (Wasyla i jego brata Dymitra) handlowano jeszcze około 1660 roku. Powiem tylko, że inwentarz dóbr po Szujskich zawierał blisko 1300 pozycji (1268).

Nie odważyłbym się datować obrazu Matki Bożej Szamotulskiej. Możemy za profesorem Kurpikiem przyjąć, że obraz powstał w pierwszej połowie XVII wieku (1600 – 1650). Wówczas obie, choć śmiałe moje teorie, miałyby uzasadnienie.

Szpsm

(Na podstawie pracy magisterskiej Czesława Kałużyńskiego wujka naszego przyjaciela Jarka Kałużyńskiego). Amen

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *