U krańca Polski…

Wspomnienia Jerzego Moroza z dziecięcych lat na Kresach Południowo – Wschodnich

Każdy rodzic marzy o beztroskim dzieciństwie dla swojego dziecka, moje też miało takie być…, ale nie było…

Urodziłem się 7 stycznia 1936 roku w Brzuchowicach, w pensjonacie „Litwinka” stanowiącym własność dziadków – rodziców mamy. Przed wojną była to wypoczynkowa dla Lwowiaków miejscowość. Dziś prawdopodobnie dzielnica Lwowa.

Dom, w którym się urodziłem

Długo tam nie mieszkaliśmy, bo ojciec mój dostał pracę w majątku u pani hrabiny Baworowskiej w Baworowie koło Tarnopola. Zamieszkaliśmy tam w służbowym mieszkaniu – mama Irena, tata Fryderyk i ja Jurek. Życie zapowiadało się sielsko – anielskie. Szczęście rodzinne nie trwało jednak zbyt długo. Kiedy Niemcy 1 września napadli na Polskę ojciec zawiózł mnie i mamusię do swoich rodziców, którzy mieszkali na Pokuciu w miejscowości Pistyń (położonej przy trasie Kołomyja – Kosów – Kuty), a sam, jako podchorąży , mobilizacyjnie należący do Pułku Ułanów Krechowieckich, poszedł na wojnę.

W Pistyniu dziadek – Franciszek Wilgosiewicz był dyrektorem szkoły od 1921 roku. Początkowo mieszkaliśmy w szkolnym mieszkaniu, potem w drewnianym domku zakupionym przez dziadków. Tu zaczęły się nasze represje.

Szkoła w Pistyniu

Po 17 września 1939 roku – data najazdu na Polskę Związku Sowieckiego – zaczęła się wywózka Polaków na Syberię i wyłapywanie polskich oficerów. Mojemu Ojcu udało się uciec do Rumunii. Tam pół roku siedział w więzieniu bo dla Rumunów był dezerterem. Potem przedostał się do Francji gdzie walczył z Niemcami – wspólnym wrogiem. Kiedy Francja skapitulowała, wraz z innymi żołnierzami, przepłynął do Anglii. Brał udział w bitwie o Anglię. Na ochotnika zgłosił się na wyjazd do Iraku, by przyłączyć się do Armii Andersa. Przeszedł razem z nią cały szlak bojowy.

Tymczasem do Urzędu Gminy w Pistyniu przyszedł list gończy za moją mamą i za mną – rodziną polskiego oficera (wywóz na Sybir). Uprzedzeni przez zaprzyjaźnionych pracowników gminy, zdążyliśmy uciec z domu dziadków. Pod osłoną nocy wywieziono nas daleko od Pistynia do miejscowości Łuchy (powiat Dolina), gdzie mieszkała siostra babci. Trzymano nas w budynku gospodarczym na strychu na sianie. Jeść podawano nam w nocy, żeby w dzień nie wzbudzić podejrzeń, że ktoś jest w gospodarstwie.

Dom w Łuchach. Na terenie tego gospodarstwa ukrywaliśmy się dwukrotnie przed wrogiem (podczas okupacji sowieckiej i niemieckiej)

Kiedy Niemcy wypowiedziały wojnę Rosjanom i wkroczyły na te tereny, wróciliśmy do Pistynia do dziadków. Tym razem przyszedł za nami niemiecki list gończy (groźba wywiezienia do obozu koncentracyjnego). Ponownie uprzedził nas goniec z Urzędu Gminy i dlatego udało nam się uciec do sprawdzonego miejsca w Łuchach.

Nastała okupacja niemiecka.

Sytuacja ustabilizowała się na tyle, że polscy nauczyciele otworzyli szkoły, a ksiądz odprawiał mszę po polsku. Wróciliśmy znowu do dziadków do Pistynia. Miałem 7 lat. Zacząłem chodzić do szkoły i zapisałem się do ministrantów. Długo ministrantem nie byłem, bo dnia…do proboszcza przyjechali, w niemieckich mundurach, Ukraińcy. Skrępowali księdzu ręce, wyprowadzili go z probostwa i na długiej linie przywiązali go do siodła konia. Ciągnęli tak długo, aż wyzionął ducha.

Ostatni raz służyłem do mszy na pogrzebie mojego księdza proboszcza.

Przy grobie proboszcza z Pistynia, którego w okrutny sposób zamordowano(rok 2012)
Nieistniejący już dzisiaj kościół w Pistyniu
Po świątyni nic nie pozostało….(rok 2012)

W tym czasie doświadczyłem wielu okrucieństw wojny. Idąc ze szkoły, w połowie drogi do domu, zatrzymały się nagle przede mną dwa opancerzone samochody. Wyskoczyli z nich żołnierze niemieccy i zaczęli strzelać do idących ulicą Żydów. Poznawali ich po myckach, brodach i ubiorze. Gdy zastrzelili Żyda idącego obok mnie i zobaczyłem cieknącą strumieniem po chodniku krew i rozbryzgany na ubraniu mózg, stanąłem jak posąg bez ruchu. Akcja trwała krótko. Nie wiem jak długo tak stałem, nie wiem, dlaczego mnie nie zastrzelili?

Do Pistynia zbliżał się front. Schowaliśmy się w huculskiej chacie – 7 osób: pięć kobiet i dwoje dzieci. Jeden z wycofujących się żołnierzy niemieckich wszedł do tej chaty, spędził nas do jednej izby, wyciągnął pistolet i zaczął rozstrzeliwać po kolei. Mamusia chwyciła mnie i wciągnęła na kaflowy piec pod ścianą. Przytuliła do siebie, kazała zrobić znak krzyża i tak leżąc czekaliśmy na śmierć. Kiedy wszystkich zastrzelił, podszedł do pieca, przesunął lufą pistoletu nogę mamusi i strzelił. Kula przeszła między nami, drasnęła mnie tylko po nosie a mamusię w czoło. Pozcisk rozerwał się w ścianie. Oboje straciliśmy przytomność. Leżeliśmy tak kilkanaście godzin. O świcie znaleźli nas żywych ludzie, którzy przyszli wynosić zabitych. Stres był tak ogromny, że przez trzy dni nie mogłem stać o własnych siłach, nie jadłem, nie piłem (zwilżano mi usta wodą).

W tym domu zastrzelono pięć osób. Ja z mamą cudem ocalałem.

Po wyzwoleniu Pistynia przez Rosjan 8 maja 1944 roku gehenna Polaków się nie skończyła. Żołnierze-wyzwoliciele osiedlili się w miastach, a na wsiach Ukraińcy zaczęli palić polskie kościoły, domy i w najokrutniejszy sposób mordować Polaków.

Pistyńskie domy paliły się 8 listopada 1944 roku. W nocy usłyszeliśmy hałasy, krzyki ludzi. Zdążyliśmy uciec z domu. Schroniliśmy się u zaufanego hucuła na strychu w sianie. Tam przeczekaliśmy do rana. Musieliśmy dostać się do miasta, do Kołomyji. Dziadek załatwił transport ale dopiero następnego dnia więc kolejną noc trzeba było spędzić w Pistyniu. Znaleźliśmy nocleg w niespalonej chacie „mieszanego” małżeństwa (Polka – Hucuł albo odwrotnie, nie pamiętam) pod górą Hołycią. Ta noc również nie była spokojna. Obudziło nas walenie do drzwi i krzyk „ Witwiraj dwery!!”. Jakiś Ukrainiec zaczął wyrąbywać siekierą dziurę w drzwiach wejściowych. Mamusia spojrzała na mnie, przyłożyła palec do ust i powiedziała szeptem „Jureczku, klękamy i modlimy się”. Nagle, gdzieś na zewnątrz pada strzał. Słychać jak Ukrainiec ucieka za chatę. Modliliśmy się do świtu. Ukrainiec nie wrócił. Okazało się, że w nocy przejeżdżał na koniu rosyjski żołnierz patrolujący teren. Akurat przed tym domem jego koń złamał nogę i żołnierz na miejscu go zastrzelił (tym jednym strzałem) a Ukrainiec zwyczajnie się wystraszył i uciekł. Wreszcie świt. Zaprzyjaźniony, zaufany Hucuł przebrał nas w huculskie stroje i wozem drabiniastym ruszyliśmy do Kołomyji. Po drodze też przygody.

Dziadek Franciszek, dzięki swoim znajomościom, załatwił mieszkanie w mieście koło cegielni. Znowu zacząłem chodzić do szkoły (szkoła podstawowa Urszulanek), do drugiej klasy. Nie trwało to długo, około dwóch miesięcy. Pewnego dnia w trakcie lekcji weszła do klasy nauczycielka i powiedziała, że przyjechali Sowieci i zabierają chłopców (nie wiadomo dlaczego), mówiła, że oni (nauczyciele) nic nie mogą zrobić i gdzie kto może, niech ucieka, natychmiast! Wyskoczyłem przez okno, potem przez płot kuty, wysoki (pamiętam, że rozdarłem spodnie), na ulicę i biegiem do domu. Do szkoły więcej nie poszedłem.

14 stycznia 1945 roku pod dom w Kołomyji podjechał ciężarowy samochód, wyszło dwóch rosyjskich żołnierzy, powiedzieli, że zabierają nas do meldunku i że nic ze sobą nie mamy zabierać. Oczywiście kłamali. Zawieźli nas na dworzec kolejowy w Kołomyji, wsadzili do bydlęcego wagonu i zabronili wychodzić. Zapełnili w ten sposób około 40 wagonów nami, Polakami. Pociąg ruszył drugiego dnia czyli 15 stycznia 1945 roku.

Po raz pierwszy stanął we Lwowie – uzupełniał wodę, węgiel. Nie wolno nam było opuszczać pociągu. Mamusia jednak wyszła, była w swoim parafialnym kościele Św. Elżbiety (niedaleko dworca) by się pomodlić, pewnie pożegnać.

Kiedy wróciła, po paru godzinach pociąg ruszył. Jechaliśmy w okrutnych warunkach, bez wody, toalety i jeść też nikt nam nie dawał. Warunki poprawiły się po przekroczeniu Wisły. Przejazd pociągiem przez Wisłę był dla mnie ostatnim silnym przeżyciem. Mostu nie było. Saperzy pobudowali prowizoryczny, drewniany most. Podczas przejazdu po nim belki zaczęły skrzypieć a cały pociąg się kołysał.

Dowiadywaliśmy się , gdzie można się osiedlać. Dziadek wybrał Wielkopolskę. W Szamotułach wysiedliśmy 15 kwietnia 1945 roku. Miałem wtedy 9 lat.

Tu poszedłem do I Komunii Św., chodziłem do szkoły, pracowałem i założyłem rodzinę. Cieszę się, że Bóg pozwolił mi skończyć 83 lata i mogę przekazać historię i gehennę jaką przeżyli podczas II Wojny Światowej Polacy na Kresach Południowo – Wschodnich.

Jerzy Moroz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *